Stara Dębica

O nich marzyli prawdziwi faceci, gdy mieli zaledwie kilka lat. Żelaźniaki!

Gdy się miało kilka lat, a w sklepach z zabawkami dominowały drewniane klocki z kolorowymi obrazkami te autka były powiewem wolnego świata. Niedostępne dla przeciętnego malucha, chyba że miał on kogoś na „zgniłym Zachodzie” skąd czasem w paczce przysyłanej rodzinie w Polsce na święta jakaś serdeczna ręką włożyła jeden lub kilka autek dla dzieciaków. Resoraki, żelaźniaki – różnie je nazywano rozpalały miłość do samochodów u prawdziwych mężczyzn gdy mieli oni kilka lat w ciężkich czasach PRL-u.

Prawdziwe, oryginalne samochodziki w PRL-u były praktycznie niedostępne. Chyba że w PEWEXIE gdzie kosztowały 1 czy dwa dolary, ale kto mógł sobie na nie pozwolić w czasie gdy średnia pensja w kraju nie przekraczała równowartości piętnastu dolarów. To był prawdziwy cud w socjalistycznej Polsce, bo chociaż „żelaźniaków” w sprzedaży nie było to miał je co drugi dzieciak na dębickiej ulicy.

Samochodzikami bawiono się na podwórkach na specjalnie wytyczonych w piaskownicy torach. Lub na trasach wyrysowanych na chodniku lub asfalcie osiedlowych ulic. Puszczano je po specjalnie zrobionych pochylniach z desek podkradanych z okolicznych budów. Zjeżały z nich efektownie koziołkując, gdy nabierały dużej prędkości a ich małe kółka traciły przyczepność z podłożem.

Dobry żelaźniak miał kilka porządanych cech. Jedną z nich były sprawne resory. Sprawdzało się je podnosząc na kilka centymetrów przód lub tył samochodu i puszczając wolno. Autko opadało i resorowało jak prawdziwy samochód. Te z najlepszymi resorami były najcenniejsze. Ważne też było aby miały otwierane drzwi, klapy od bagażnika lub pokrywę komory silnikowej. Bywały super „wypasione” egzemplarze ze świecącymi reflektorami, ale to była rzadka elita. W Dębicy może miało takie autka może kilka dzieciaków. Reszta miała normalne „żelaźniaki” przywożone zza żelaznej kurtyny. Kolorowe, solidne, ukochane.

-Naszą wyobraźnie rozpalały zachodnie katalogi, w których takie autka w ogromnej gamie i setkach kolorów były reklamowane pośród innych niedostępnych dla nas zabawek – wspominają dorośli dziś faceci, w których wciąż tkwi dusza tamtych dzieci z lat głębokiego PRL. Dziś podczas zakupów w jednym sklepie natknąłem się na box pełen takich samochodzików o których marzyłem przez dużą część swojego dzieciństwa. Kosztują parę groszy. Kupiłem sobie jednego.

Taką zieloną furgonetkę z dobrymi resorami. Po powrocie do domu sprawdziłem. Trafił mi się dobry model. Trochę byłem rozczarowany, że nie ma otwieranych drzwi, ale jutro znów tam wrócę. Może znajdę jakiś model za jakim tęskniłem gdy miałem sześć czy siedem lat? Kupie sobie jeszcze dwa lub więcej!

Shares